Odwiedź mój kanał na YouTube


Stay Connected

Instagram

    Nadmiar

    Kiedy byłem dzieckiem, byłem sentymentalny. Lubiłem zbierać rzeczy, kolekcjonować wszystko co kolekcjonować się dało. Miałem armię ołowianych żołnierzyków z Kinder Niespodzianki, kilka klaserów znaczków, najróżniejsze monety, kolekcję kart telefonicznych. Zbierałem kamienie, muszelki znad morza, wycinki o filmach, pamiątki z wycieczek, kapsle, puszki, etykietki z piw, kartki pocztowe i starodawne banknoty. Miałem kilka skamielin, ciosy dzika, plaster pszczelego wosku, dziesiątki czasopism o dinozaurach, plakatów z brawo, a nawet całkiem sporą kolekcję suszonych w książce czterolistnych koniczynek.

    W tamtych czasach byłem do tych wszystkich rzeczy ogromnie przywiązany. Każde większe porządki były dla mnie katorgą, a pozbywanie się, nawet niepotrzebnych rzeczy przyprawiało mnie o skręt kiszek. Wiele lat później, gdy wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem w małej kawalerce zwyczajnie na te wszystkie rzeczy nie było już miejsca. Zostawiłem dziecięce pierdoły w domu u rodziców, lecz potrzeba zbieractwa ze mną została. Wtedy też, w ograniczonej przestrzeni mieszkania, z miesiąca na miesiąc rzeczy, które razem z N. posiadaliśmy, stawały się dla mnie przytłaczające. Szuflady wypełnione po brzegi startą gratów, szafki z których po otwarciu wszystko wypadało na podłogę. Na półkach pierdoły, nieprzydatne prezenty, kiepskie książki i tony nieuporządkowanych papierów, zbieranych nie wiadomo po co.

    Bywało że turbo napalałem się na nowe sprzęty. Jarały mnie pierwsze smartfony, tablety, nowe komputery, aparaty i cały ten geekowy elektroszajs. I niby każdy w większym lub mniejszym stopniu tak ma, lecz ja czułem wtedy potworną potrzebę posiadania tych wszystkich rzeczy, tak wielką że trząsłem się na samą myśl z ekscytacji. A gdy je sobie kupowałem okazywało się, że balonik ekscytacji pękał, a ja czułem gorzką nutę zawodu. Lecz później i tak robiłem to samo. Rzeczy były celem. Ich „fajność”, „zajebistość” największą podnietą. Szkoda tylko, że tak późno zrozumiałem, że nie było w niej żadnej wartości.

    Kiedy teraz o tym myślę, zdaję sobie sprawę, że ja ten sposób myślenia o rzeczach wyniosłem z domu, ponieważ w domu u rodziców chomikowało się wszystko, bo wszystko mogło się kiedyś przydać. Pamiętam jak swego czasu u rodziców w mieszkaniu było 5 telewizorów z czego 3 zupełnie nieużywane. Ja również długo myślałem tak o rzeczach, lecz w końcu przyszedł moment, w którym coś we mnie pękło na kawałki.

    Minimalizm

    To chyba wtedy usłyszałem o minimalizmie i było to czymś, czego wtedy potrzebowałem. Idea ograniczenia przedmiotów, oczyszczenia przestrzeni ze zbędnych rzeczy, była jak powiew świeżego powietrza. Zrozumiałem, że to dobra droga dla mnie i że otaczając się przedmiotami chciałem by to one mnie definiowały, zamiast spróbować zdefiniować się samemu.

    W pozbywaniu się rzeczy mniej zaczyna znaczyć więcej. Mniej rzeczy znaczy więcej przestrzeni, mniej wydatków znaczy więcej oszczędności, mniej pracy by na to wszystko zarobić, znaczy więcej wolnego czasu. Oczyszczenie przestrzeni z niepotrzebnych przedmiotów przynosi dziwną ulgę, jakby ogarnięcie rzeczy przekładało się na ogarnięcie wewnętrznego chaosu.

    I choć minimalizm zaszczepił we mnie ideę pozbywania się niepotrzebnych rzeczy, nigdy nie przekonał mnie do ich kompulsywnego liczenia i redukowania do 100, 50 czy nawet 30. Nie ma to większego sensu jeśli minimalizm miałby służyć w dążeniu do szczęścia. Ciągłe redukowanie i sztywne trzymanie się narzuconych liczb musi budzić frustrację, a ta zamiast wyzwolić spod wpływu rzeczy, przez ich zaprzeczanie paradoksalnie do tych rzeczy przywiązuje.

    Rzeczozmęczenie

    Przeczytałem ostatnio o zmęczeniu rzeczami, zmęczeniu konsumpcjonizmem, materializmem i zobaczyłem w tym siebie. Badania wskazują że w społeczeństwach nadmiaru, w których gromadzenie i posiadanie dóbr jest głównym celem, zadowolenie z życia u ludzi jest szokująco niskie. Wydawać by się mogło, że im więcej posiadamy rzeczy, tym większe powinno być nasze zadowolenie, ale okazuje się, że jest odwrotnie, i że ma to związek z ciągłym poświęcaniem uwagi przedmiotom, ich gromadzeniem i utrzymaniem. Posiadając coraz więcej, potrzebujemy też coraz więcej miejsca do przechowywania. Więcej miejsca to więcej wydatków, a żeby je pokryć trzeba więcej pracować. I w końcu rzeczy, które posiadasz zaczynają posiadać ciebie.

    I pięknie to wszystko podsumowuje cytat z mojego ulubionego Fight Club

    Kupujesz meble. Mówisz sobie, to jest ostatnia kanapa, jakiej będę potrzebował w życiu. Kupujesz kanapę, potem przez parę lat jesteś zadowolony, że cokolwiek będzie się działo złego, masz przynajmniej rozwiązaną sprawę kanapy. Potem idealne łóżko. Zasłony. Dywan. A potem jesteś uwięziony w swoim uroczym gniazdku i stajesz się własnością rzeczy, które kiedyś były twoją własnością.

    Możliwe, że ty też to czujesz, że zmęczenie gromadzeniem rzeczy też ci doskwiera. Konsumpcjonizm stale tego od nas wymaga, reklamy przekonują, że posiadane coraz nowszych przedmiotów robi z nas lepszych ludzi, że kupienie sobie nowej rzeczy poprawia humor i sprawia, że czujesz się szczęśliwy. Tylko czy tak jest naprawdę? Ekscytacja z zakupu wyjątkowo szybko mija, przedmiot zostaje, a my nie bardzo wiedząc gdzie poszukać ekscytacji, znów coś kupujemy. I tak w kółko.

    Inna droga

    Co tak naprawdę sprawia, że czujemy się szczęśliwi? Czy na przykład podczas wyjazdu w góry więcej szczęścia dałoby ci kupno ciupagi z napisem „Zakopane” na Krupówkach czy może wejście na jakiś górski szczyt? A może zakup nowiutkich nart zamiast dnia spędzonego na stoku? Doświadczenia dają nam to czego nigdy nie dadzą nam rzeczy, czyli ekscytację, radość i poczucie sensu. Przeżywanie życia, gromadzenie doświadczeń zamiast rzeczy, dbanie o siebie i bliskich, zamiast o przedmioty to dobra droga. Dobra, bo przynosi radość, ale nie taką, która trwa tyle co mrugnięcie powiek, tylko taką, która ma jakiś większy sens.

     

    Photo by Erik Eastman on Unsplash

    Podobne posty

    O mnie

    IMG_20170418_132cvd328_783
    Troper

    Mam na imię Kuba i piszę tu o wszystkim co mnie dręczy, ciekawi, co mnie zaskakuje ale też daje do myślenia. Nie mam telewizora ani radia bo nie lubię. Lubię poniedziałki i brzydką pogodę. Nie boję się pająków. Robiłem wielokrotnie zeza i mi nie zostało.

    Instagram

    Archiwum

    ×